Bezdzietna, stanu wolnego, posiadaczka okularów oraz niewymownie rozpieszczonej czarnej kotki, tymczasem bezrobotna, wielbicielka, koneser jak również entuzjastka śmiechu, fascynatka literatury wszelkiej maści, trochę ponad trzydziecha zaprasza.
poniedziałek, 11 marca 2013
Odkrycie Ameryki Makijażu.

Dotychczas, przez całe me ubiegłe życie, przebywałam w przekonaniu, że do makijażu potrzebny jest - podkład, puder, tusz do rzęs i błyszczyk, względnie, również, eventuel - baza pod podkład, cienie do powiek, szminka, w porywach kredka do oczu oraz brwi. Jakże nieświadoma byłam! W jakiejż ciemnocie żyłam! Jak nie miałam pojęcia nie tylko o podstawach makijażu ale także o tym, co ( w sensie przyrządów do w/w oraz całej palety - dosłownie i w przenośni - kosmetyków ), wręcz jest niezbędnym, by na ten przykład na ulicy, gdzie człowiek się porusza i gdzieś zwykle podąża, nie straszyć małoletnich, nie doprowadzać do spazmów emerytów, nie powodować nagłych nawrotów rozmaitych chorób, rozmaitym rencistom, by Policja mnię nie zatrzymała do wyjaśnienia, dlaczegóż to chodzę, jak ta dziopa, cytując mą Babcię, a Straż Pożarna i wszelakie inne służby, by nie ratowały mnię, by nie interweniowały, by mnię sztucznego oddychania oraz masażu serca nie robiły, a także, by mnię w kaftan specjalny nie zapakowano, odwożąc następnie w trybie pilnym do Zakładu Bez Klamek.

Otóż dziś, o godzinie prawie dziesiątej rano, zgłosiłam się, na wcześniej umówiony z Bardzo Miłą Panią, w lokalnej, naszej, tubylczej drogerii, Makijaż Dzienny. W sensie, że tenże makijaż, Bardzo Miła Pani z drogerii mnię miała pokazać, a właściwie onego zastosować na mej, osobistej fizjonomii.

Nie będę zabiegu opisywać, powiem tylko, że przyjemnym był nie lada. Zwłaszcza, jeśli się go porównało, a w czym mam doświadczenie niejakie, z oczyszczaniem cery. Powiem tu Szanownemu Czytelnictwu, że gorąco polecam poddawanie się Makijażowi Dziennemu, pod warunkiem, że go ktoś nam nakłada ( tegoż makijaża ).

W trakcie pogawędki, bo zabieg trwał jakoś tak godzinę chyba, dowiedziałam się, że Bardzo Miła Pani wraz z Drugą Bardzo Miłą Panią z naszej, wiejskiej drogerii, jako wyłącznie dwie z województwa naszego zostały zaproszone do malowania kandydatek na Miss Polski ( lub też Miss Polonia ), bo się mnię zawsze te dwa konkursy mieszają i nie jestem w stanie ich rozróżnić. Kandydatek było ( w owym konkursie ), 25 a Bardzo Miłe Panie z Drogerii musiały owe kandydatki pomalować stosownie do ich rodzaju urody, przewidywanych kreacji pokazowych, koloru włosów, oczu oraz mnóstwa innych zmiennych urodowych, których również nie ogarniam.

Cóż. Moja nieświadomość w kwestii faktu, jakież to specyfiki i przyrządy są do Makijażu Dziennego niezbędne, zniknęła jak siwy dym. Otóż co jest potrzebne ( a nawet niezbędne ): krem nawilżający na dzień, baza pod podkład, baza pod cienie, podkład, puder ( taki lub owaki, najlepiej transparentny, cokolwiek to znaczy ), cienie do powiek ( w moim przypadku w trzech, odmiennych kolorach ), bronzer, puder w odpowiednim kolorze ( mam na karteczce wystosowanej do mnie przez Bardzo Miłą Panią kolor tego pudru oraz wszystkie inne, użyte na mej fizys dziś kosmetyki ), kredka do oczu, kredka do brwi, tusz do rzęs, utrwalacz makijażu w postaci takiej, specjalnej mgiełki. Wymieniłam chyba wszystko.

Podejrzewam, że nie będę spędzała godziny rano przed lustrem, aby to wszystko nałożyć na facjatę ( i to jeszcze w odpowiedniej ku temu kolejności ). Ale miło jest wiedzieć, że jakby co, to mogę się w bóstwo zmienić w godzinę. Niektórzy mają gorzej. A ja teraz wiem, zapłaciwszy 35 złotych polskich, że jednak jest w stanie mnię makijaż przepoczwarzyć w nawet przystojną, dobrze wychowaną, pochodzącą z dobrego domu, wykształconą wszechstronnie, rokującą nadzieje na przyszłość młodą damę.

I tej wersji będę się trzymać!

środa, 27 lutego 2013
Idealistyczna krucjata i ukryte taleny chomików.

Co by podstępne oraz złośliwe, tudzież perfidne gremia wszelakie nie miały czelności wieszczyć, iż, że, w mej wsi kultura przez wielkie K tudzież U jak również R i na koniec ku rozpaczy ornitologów A poległa w niełatwym i daremnym oraz beznadziejnym boju z TVN 24, pogrzebana na tubylczym cmentarzu wraz z wbitym prosto w serce osinowym kołkiem, co by jej ( kulturze oczywiście ), nie przyszło do biednej jej głowy powstać z martwych, czy też zamienić się w Zombie i straszyć po kątach, odbyły się dwa ( słownie dwa ), spotkania tubylców, czyli nas ( słownie w liczbie osób pięciu, z przewagą żeńską ), w bibliotece ( o czym niżej ) oraz w barze pod niezwykła nazwą "Akwarium" chlubą i dumą naszej wsi, bo mają akwaria w tejże knajpie a w niej glonojady, a glonojady to jak wiadomo jedzą glony, najczęściej te z szyb i wyglądają obrzydliwie, nie wiedzieć jednak czemu, wszyscy bywalcy "Akwarium" miejscówki zaklepują jak najbliżej śmigających po szybach glonojadów. Nawet, są przez pewne koła, zbliżone do amatorów i koneserów akwarystyki rzeczone glony nazywane pieszczotliwie "Glonkami", ale tematu rozwijać nie będę, bo jeszcze wpadnie mnię na bloga nieletni i dostanie zaburzenia światopoglądu, umysłu, duszy oraz wątroby i potem będzie na mnie.

Spotkania miały na celu ustalenie, w jakiż to sposób można dać kopa lokalnej społeczności.

Jak na razie wymyśliliśmy projekt ulotki, co to ją będziem rozpowszechniać na masową skalę, nie bacząc na złą pogodę, złe psy, domy jednorodzinne otoczone płotem pod napięciem elektrycznym, zwariowane chomiki, skaczące z parapetów wprost nam na głowy, a skaczące ku wyrażeniu swej antypatii, protestu oraz niechęci ku nam, co to chcemy dać kulturalnego kopa lokalnej społeczności, a zajęci udzielaniem kulturalnego kopa lokalnej społeczności właściciele chomików mogą zapomnieć, porwani przez nas na idealistyczną krucjatę, podłożyć nowych wiórków chomikom, nalać im wody do miseczki, a być może zapomnieć o codziennej porcji sałaty ( czy chomiki jedzą sałatę? ). Wbrew pozorom chomiki to bardzo mądre stworzenia, udają jednak, że są głupie, bo wyobraźcie sobie moi drodzy, co by to było, gdyby taki chomik wyprodukował znienacka takie powiedzmy "Martwe dusze" na początek, czy też na ten przykład się okazało, że Einstein był perfidnie podstawiony, a teorię względności wymyślił emerytowany już chomik o dźwięcznym imieniu Korfanty, w domu zwany Dziubdziusiem?

Drugim ustaleniem, będącym owocem przedawkowania alkoholu był projekt klepsydry, na której by się napisało, że oto w wieku nieletnim zmarła u nas na wsi kultura. Pogrzeb wtedy i wtedy, tam i tam. Obecność żałobników obowiązkowa.

W następnym odcinku dalsze perypetie w kwestii dawania kopa lokalnej społeczności.

piątek, 15 lutego 2013
Powrót i topielec.

Po długotrwałej nieobecności, okraszonej świętami, powracam. Po nieobecności, okraszonej świętami, podczas których Fela tradycyjnie się nie odezwała, chociaż cała rodzina miała nadzieję, że jednak, że tym razem, że być może nareszcie zadośćuczyni wierzeniom ludowym oraz naszemu, naiwnemu myśleniu życzeniowemu i powie, co też jej leży na wątrobie, względnie na innych częściach organizmu i w tym momencie zatoniemy w pocałunkach oraz wzniesiemy puchary, ku uczczeniu owego wydarzenia. Nic z tego. Fela się wypięła, a raczej można powiedzieć, że miała w nosie wszystko, oprócz brawurowego atakowania choinki oraz picia wody spod tejże. Naprzemiennie z mieniem w nosie naszej nadziei na to, że przemówi ( Fela, a nie choinka, chociaż są na tym świecie rzeczy bardziej jeszcze spektakularne ).

W tak zwanym międzyczasie, to jest, że się wyrażę w obcym języku "gegen", odbyły się dwa spotkania odchamiające, jedno w Bibliotece naszej, a drugie w knajpie, co by było luźniej i nie zapadała krępująca, brzemienna w nic cisza, spotkania poświęcone rozważaniom jakby tu dać kopa lokalnej, naszej, wiejskiej społeczności, społeczności ewidentnie umysłowo nieco niżej położonej niż Żuławy, a my ( to jest w porywach sześć osób się zgłoszonych ku daniu kopa ), odkryliśmy nagle w naszym wnętrzu iż, mamy wielką chęć poprowadzenia w naszej wsi misji, misji nawracania ku kulturze, sztuce oraz ku tym podobnym wymyślnym cudeńkom, że chcemy, że bardzo byśmy chcieli nawracać, prowadzić ku takim i owakim wyżynom rozmaitym oraz podnosić umazanych glajdrą programów telewizyjnych, obywateli naszej wsi, programów, które to oprócz może jeszcze książeczki do nabożeństwa są jedynymi literami, ułożonymi w zdania, z jakimi się tubylcy zapoznają, a i to sporadycznie, z doskoku oraz nieregularnie. O tym może w następnym wpisie, bo wydarzyła się rzecz o wiele bardziej zajmująca, pasjonująca, zatrważająca, budząca grozę oraz przerażająca, a mianowicie utopiłam swój telefon.

Żeby nie było nieporozumień, nie utopiłam go z jakiejś ku niemu antypatii, a jedynie dlatego, ze mnię wypadł z kieszeni bluzy, gdy się pochylałam na stojącą w misce wodą, a woda w misce stała w celu zużycia jej na pranie ręczne odzieży, której w żaden sposób w pralce prać nie należy, jeśli się nie chce człowiek narazić na odkrycie, że po praniu w pralce nieprzystosowanych ku temu rzeczy, okaże się, że nagle, czyli znienacka zamiast normalnego, swego rozmiaru, posiadają rozmiar w sam raz w celu odziania niewyrośniętego yorka.

Topielec po szybkiej, mej interwencji, wydobyty z odmętów miski, najpierw się tak ze cztery razy samoistnie włączył i wyłączył ( czy też na odwrót, bo nie pamiętam, będąc w szoku i ratując jego egzystencję ), co mnię skłoniło do podejrzenia, że czuwa nad nim jakaś telefoniczna opatrzność, co to mu nie dała polec w kwiecie wieku, w misce. Co mnię jednak zastanowiło głęboko, to to, że na takim małym pizdryczku. na dole, pod klawiaturą, zaświeciło się mętne, słabe światełko, jak światełko w tunelu, względnie światełko z bagnisk, czyli błędny ognik. I otóż to światełko świeciło nieprzerwanie, nawet, kiedy wpadłam na genialny pomysł, by topielca wyłączyć, tak na próbę. Próba wypadła pozytywnie ( czy może negatywnie, zależy z której strony spojrzeć ). I oto teraz posiadam ku łączności ze światem oraz w charakterze okna na świat tenże telefon tak zwany zastępczy, który w zasadzie jest ok, tyle tylko, że posiada w swych trzewiach takie jakieś funkcje, że ja ich rozgryźć w stanie nie jestem i ogólnie w obsłudze owego telefonu zastępczego prezentuję postawę, ani be ani me.

Mój przyjaciel od serca, czyli topielec, czyli mój stary telefon, oddany do reklamacji, jest podejrzewam naprawiany i tylko zanoszę modły ku telefonicznej opatrzności, co by go cudownie a szybko uzdrowiła i oddała z powrotem w me dłonie.

Aby do wiosny!

czwartek, 18 października 2012
Powrót Jedi.

Jakiś czas temu, nie pamiętam już kiedy, bo to amnezja i skleroza nie mają litości nad mym umysłem, w naszej, wiejskiej bibliotece, odbyło się spotkanie z Młodym, Przystojnym, Panem Pisarzem, zwanym roboczo, a niżej w skrócie Panem Pisarzem, co to i sukcesy posiada literackie, żonę, syna, film na koncie, na podstawie swej, osobistej powieści oraz białe adidasy, co może nie ma związku, z tym, co wyżej ale zdeterminowało poniekąd moje podejście do Pana Pisarza oraz zmniejszyło kredyt zaufania, który miewam w stosunku do wszystkich, nowopoznanych ludzi. Wiem, że kredyt zaufania ( w sensie, że wszystkich, bez wyjątku, uważam na wstępie, czyli w momencie poznania za miłych, sympatycznych, lubiących dzieci oraz zwierzęta, płacących abonament radiowo – telewizyjny, ustępujących miejsca w tramwajach leciwym obywatelom naszego kraju – raju, przechodzących przez jezdnię tylko na zielonym świetle oraz segregujących śmieci ), jest przeze mnie stosowany trochę na wyrost oraz znamionuje infantylną wiarę, iż cała ludzkość jest dobra, co już nie raz i nie dwa, ani nawet trzy zostało podważone oraz uznane przez stosowne trybunały, komitety blokowe, kółka różańcowe, koła gospodyń wiejskich i władze takie i owakie za zupełnie niewiarygodne, niemożliwe, całkowicie nieobecne na naszym świecie, a kto wie, czy także nie gdzie indziej. Cóż. Tak już mam.

Pan Pisarz obdarzył nas, czyli mnie, Dziewczynę Brackiego ( z którą to żeśmy, poszłyśmy na spotkanie owo ), jednego, młodego doktoranta z naszej wsi oraz kilka starszych pań opowieścią o sobie, bo musiał improwizować, kiedy się okazało, że nikt z obecnych, książek Pana Pisarza na oczy nie widział, a co dopiero o czytaniu, czy kilku sensownych słowach o tychże ( książkach ), wypowiedzieć.

Otóż, co się mianowicie wydarzyło:

1)     Pan Pisarz nas potraktował wiadomością, że gra w piłkę błotną, a także uczestniczy w reprezentacji piłki nożnej pisarzy. Co niech mu jak najdłużej wychodzi i to nie bokiem, a ogólnie oraz niech mu się darzy w tym temacie.

2)     Że z małego, jakiegoś miasteczka pochodzi i chciał się zawsze stamtąd wyrwać, co mu się udało. Przy czym, od jakiegoś czasu podejrzliwie przyglądał się doktorantowi, by stwierdzić, że chyba się z tym panem znamy. Doktorant stwierdził, że raczej nie przypomina sobie, temat się urwał, ponieważ w międzyczasie tak zwanym się okazało, że film na podstawie powieści Pana Pisarza zaskoczyć w laptopie nie może, bo brakuje cyt. ”Kodeków”, cokolwiek to oznacza i czymkolwiek jest.. Doktorant skoczył po nie do domu swego, w międzyczasie Pan Pisarz znowu improwizował, a doktorant, kiedy wrócił, stwierdził, ze tak, ze owszem, pamięta Pana Pisarza z „Dwudziestolatki”, czyli akademika w Mieście Wojewódzkim, gdzie się okazało obaj studiowali ( oczywiście inne kierunki ), natomiast spotkania miały miejsce przy wypożyczaniu nielegalnie, masowo kopiowanych w „Dwudziestolatce” filmów.

3)     Film obejrzeliśmy do 40 minuty, padło pytanie, na pytanie Pana Pisarza, czy ktoś może ma jakieś pytania, a padło ze strony Pani Kierowniczki Biblioteki, która tym samym uratowała honor nasz i naszej wsi. Potem padło pytanie od doktoranta, a następnie ode mnie. Zaczepiona przez Pana Pisarza Dziewczyna Brackiego się wykręciła z zadawania pytań.

4)     Jako, ze wzięłam sobie do serca opinię mego kolegi – geja, ze obecnie bez pleców, wspomagania, protekcji, kumoterstwa, koterii oraz paru innych rzeczy się nigdy zwykły człowiek do wydawnictwa żadnego nie przebije, że nie dotrze, że w śmieciach wyląduje natychmiast wszystko, cokolwiek do wydawnictwa prześle, jeśli oczywiście wyżej wspomnianego wspomagania się nie posiada, zdobyłam podstępem, miłym uśmiechem oraz żartem wysublimowanym osobisty, prywatny mejl Pana Pisarza i wysłałam na ten mejl wszystko, cokolwiek się mnię wydawało wartościowe, z tego co spłodziłam. I czekam teraz w napięciu oraz natężeniu oraz w innych wartościach na odpowiedź. Która jak na złość nie nadchodzi. Ale wierzę. I nawet jeśli odpowiedź nie przyjdzie, bądź przyjdzie negatywna, przeżyję.

Bo jak to powiedział Kazimierz Pawlak „Władek. Sanację my przeżyli, to Bóg da i Amerykę przeżyjem”.

Włala!

piątek, 16 marca 2012
Niebezpieczne zabawy dzieciarni

Znowu zaczyna się moja coroczna gehenna. Otóż jako rasowa panikara, paląca papierosy na balkonie trzeciego piętra nowoczesnego bloku mego, mam ogląd oraz pogląd na latorośle moich sąsiadów z bloku naprzeciwko, którzy to sąsiedzi są młodzi a nie leciwi a latorośle są w wieku lat sześciu góra. Przekrój zaś posunięcia w leciech to średnio cztery. Lata. Latorośli znaczy. I jako rzeczona, rasowa panikara, codziennie, bo się ciepło na nieszczęście robi i jasno coraz dłużej na dworze, obserwuję z zamarłym sercem oraz innymi organami wewnętrznymi, jak to dzieciarnia okoliczna śmiga niemal jak kamikadze na rowerach, rolkach, hulajnogach oraz na własnych kończynach, ryzykownie się rozpędzając, co może, według mego poglądu oraz oglądu, zaskutkować bynajmniej nie banalnym rozbiciem głowy tudzież kolana ale uszkodzeniem żuchwy, złamaniem uda z przemieszczeniem lub też otwartym złamaniem piszczeli.

Dzieciarnia ma najwyraźniej w nosie wszystkie przepisy BHP, ostrożność, uwagę na się, jak również konsekwencje ewentualnych urazów, które z pewnością powstaną, bo jeśli się z rozpędu zjeżdża z betonowej drogi, w dół, w stronę wjazdu do garażu, a garaż dodajmy dla wzniecenia większej dramaturgii opowieści, jest zamknięty na głucho bramą, to pewne są uszkodzenia organizmu, nawet większe, niż ma bujna wyobraźnia mnię podsuwa.

Rodzicie latorośli mają najwyraźniej w nosie całość członków swych pociech, zupełnie się ich ( latorośli ), poczynaniami nie interesują, a jak się już zainteresują, to zwykle po fakcie, kiedy guzy i inne takie już się objawią w swej całej okazałości.

Myślę, że rozwiązaniem byłoby uwiązanie dzieciarni, tej bardziej aktywnej ruchowo, do nogi od stołu w mieszkaniu, tudzież do kaloryfera, to jednak przeczy oraz jest w zdecydowanej opozycji do praw dziecka i obywatela i z pewnością powoduje odpowiedzialność karną, czego osobiście nie wiem ale tak podejrzewam.

Najwyraźniej należy się uczyć na własnych błędach, bo któż wyciągnie wnioski z błędów cudzych?

Oby tylko błędy nie zaowocowały kiedyś złamaniem jakiegoś dramatycznie nieodzownego do egzystencji dalszej, szczęśliwej organu lub też rozbiciem czegoś na twarzy, przypuśćmy nosa, co będzie przekleństwem w życiu dalszym dzieciarni, kiedy już dzieciarnią nie będzie, bo krzywy nos, z przemieszczoną chrząstką owszem, jak najbardziej jest twarzowy dla pięściarza i nawet potencjalnie potrzebny do ewentualnej gry psychologicznej czyli odstraszania już przed walką przyszłych przeciwników w ringu, natomiast w takim gimnazjum może być dramatem i gehenną, z czego chyba sobie zdają sprawę nawet ci, którzy ze statystycznymi gimnazjalistami do czynienia nie mają i bardzo mętnie sobie zdają sprawę z tego, do czego statystyczni gimnazjaliści są zdolni. A co powoduje stanięcie dęba włosów. I to nie tylko na głowie.

wtorek, 06 marca 2012
Powrót.

Szanowne Państwo!

Otóż powracam z wygnania piśmiennego, a raczej niepiśmiennego czy też z obu na raz. Przypominam się tym, którzy nie pamiętają oraz tym, którzy pamiętają ale udają, ze nie pamiętają. Dużo, oj dużo się wydarzyło ostatnimi czasy.

Po pierwsze primo Rodzicielka oraz Rodziciel szczęśliwie wrócili w trzewia swych firm, gdzie pracują nawet całkiem wydajnie oraz bez większych perypetii, biorąc pod uwagę długość zwolnienia lekarskiego, przebytego pełzaniem, bo innych form poruszania się w stanie potłuczenia maksymalnego oraz podejrzenia złamania miednicy i odbicia nerek ( Rodziciel ), oraz rwy kulszowej w stanie mocno zaawansowanym ( Rodzicielka ) brać pod uwagę nie było można.

Rodzicielka ćwiczy codziennie rano przez pół godziny jakoweś takie ćwiczenia specjalistyczne, że o ludności miast i wsi – samodzielnie zakłada buty i nawet je sznuruje! Olaboga, że się wyrażę, bo takiej ekwilibrystyki to ja u niej dawno nie widziałam.

Rodziciel też w porządku, schudł pięć kilo, przytył pięć kilo, więc straty w kilogramach obywatela nie ma.

Po drugie primo wygrałam jeden konkurs literacki. Z wierszami. W grudniu, bo co miesiąc konkurs odnawia swe istnienie jak Feniks z popiołów. I za luty też wygrałam, o czym mnię dziś mejl poinformował z samego rańca.

Wygrałam w swojej kategorii wiekowej to jest „Młodzi duchem” czyli na nasze oraz zgodnie z regulaminem konkursu – powyżej 26 lat, jak również w kategorii „Tekst literacki”. Bo są różne kategorie wiekowe oraz wypocinowe.

Trochę pochopnie wykasowałam jeden wpis z niniejszego bloga, a który to wpis nosił miano „Uwolnić hot-doga” Wykasowałam, bo tenże tekst wysłałam na konkurs i tak se spanikowałam z leksza, bo co, jeśli ktoś się dokopie do archiwum mego bloga, a tam jak byk wpis identyczny, jak ten konkursowy? Plagiat czyż nie? Wykasowałam i jak rasowa panikara uruchomiłam Google a tam na pierwszym miejscu nieistniejący ( bo jak się kliknie to wyskakuje zgoła coś zupełnie innego ), wpis, „Uwolnić hot – doga”.

Niniejszym zawiadamiam zatem wszystkich i tych hołdujących spiskowej teorii dziejów, że oto wyłączają często w zimę wodę, żeby ta ze sklepów się sprzedawała, albo wyłączają Internet bo też coś tam kombinują na niekorzyść biednych, niekumatych użytkowników tegoż, lekarzy wszelkich specjalności, dekarzy, mechaników samochodowych, kafejkarzy i malarzy, urzędników państwowych i samorządowych oraz magistrów i doktorantów rozmaitych, jak również cały świat, że to ja, a nie kto inny napisałam i wysłałam na konkurs ten nieszczęsny tekst „Uwolnić hot-doga” a nie, ze ktoś się haniebnie i bezczelnie podszył. I jeszcze krzyżykowym haftem obrębił brzegi.

 

czwartek, 29 grudnia 2011
Przeklęte święta.

Te święta oraz czas przedświąteczny, mam nadzieję bardzo szybko zapomnieć. Nigdy, przenigdy wspomnieniami do nich nie wracać oraz prosić wszystkich możliwych bogów o brak powtórzenia się tego, co mnie oraz mą rodzinę spotkało w wyżej wymienionym okresie. Bynajmniej nie były to rzeczy przyjemne, a słuchanie kolęd brzęczących przy każdej okazji i zewsząd doprowadzało mnie do szewskiej pasji, tudzież wysypki, radosne japy dzieci i dorosłych w reklamach powodowały me palpitacje a życzenia, że oto zdrowia, szczęścia, pomyślności i wszystkiego dobrego, powodowały niekontrolowany skowyt.

Otóż.

A) Od jakiegoś czasu Rodzicielka skarżyła się na ból pleców oraz nogi. Lewej. Nie dziwota, bo ma krzywy kręgosłup od 35 lat pracy za biurkiem. Zaczęło się tak początkiem grudnia. Tabletki, zastrzyki, kolejne tabletki, kolejne zastrzyki i zamiast być lepiej to z każdym dniem było gorzej. Doszło do tego, że musiałam ją ubierać od A do Z, czyli od bielizny po skarpetki, spodnie i buty. Na kurtce kończąc. O zejściu z naszego trzeciego piętra, po schodach na kolejny zastrzyk w ośrodku zdrowia mowy być nie mogło. Aż doszło do tego, że w środę w nocy, na dwa tygodnie przed świętami, wezwaliśmy z Rodzicielem pogotowie. Rodzicielka ma raczej wysoki próg bólu, o czym świadczy fakt, iż nie potrzebuje znieczulenia podczas borowania zębów u dentysty. Natomiast w rzeczoną, przeklętą środę, płakała, dosłownie wyła mi na rękach, bo już ani siedzieć, ani stać, ani leżeć ni chodzić nie mogła. Pogotowie przyjechało, jeden pan leciwy, drugi w moim wieku. I od razu stwierdzili, ze czekać nie ma co, ze to rwa kulszowa i zaaplikowali Rodzicielce morfinę w dwóch dawkach ( w sensie, że z jednej strzykawki, ale na dwa razy, przedtem wstrzykując coś przeciwwymiotnego, bo ponoć od morfiny się wymiotuje ). Na szczęście obeszło się bez szpitala, co zapowiadali Panowie Z Pogotowia, jeśli ból Rodzicielce nie przejdzie.

C) Tydzień później, też w środę, Rodziciel miał wypadek w pracy. Gość jechał suwnią bez uprawnień, Rodziciel siedział na górze i ten gość bez uprawnień, który suwnią jechał, uderzył Rodziciela w plecy. Na szczęście nic nie złamał, chociaż do piątku nie było pewne, czy miednica nie jest pęknięta. Rodziciel ma takiego siniaka na plecach, że aż boję się patrzeć. Rodzicielka go smaruje rozmaitymi maśćmi i trochę na szczęście schodzi.

Oby nigdy więcej takich świąt!

sobota, 03 grudnia 2011
Samo życie.

Otóż, co się mianowicie wydarzyło ostatnimi czasy w życiu mem:

A) Nadal pracy nie mam, chociaż szukam, rozglądam się i obserwuję rozmaite portale się w tem specjalizujące, wertuję wszelkie możliwe gaziety oraz tem podobne. I nie, żem taka wybredna ale po prostu mało jest ogłoszeń lub zgoła wcale nie ma opiewających na pracę w domu, przez Interent.

B) Rodziciel się rozchorował. Kiedyś już niniejszym wspominałam, co to znaczy mieć prawdziwego, chorego faceta w domu. Armagedijon, Sodomia i Gomoria, najazd obcych cywilizacji, babcie w beretach z kikutkiem okupujące przychodnie lekarskie oraz Pies Pankracy w wersji homoseksualnej.

C) Byłam dziś w przychodni rejonowej, na skutek faktu, iż żem musiała skierowanie otrzymać na badania krwi. Otóż się dowiedziałam w owym miejscu, ileż to chorób przypada na jedną babcię w berecie z kikutkiem i się nieco zdziwiłam, bo nie sądziłam, że aż tyle. I że babcia w berecie z kikutkiem jest w stanie w ogóle wstać z łożka, mimo tego, że w swem organizmie tyle chorób piastuje. Ale są rzeczy, które się nie śniły filozofom, jak mówi poeta.

D) Może to nie z mego życia ale połączenie pewne jest - S. mianowicie ma nawrót zapalenia spojówek i wyznała mnię wczoraj przez SMS, iż na skutek tego właśnie zapalenia spojówek, znowu stówę w aptece zostawiła. Stąd wniosek, że zawsze ale to zawsze, podczas każdej wojny, pogromu oraz najazdu obcych, będą działały piekarnie, monopolowe i apteki.

Oraz E) Fela się robi całkowicie psia. Chodzi za mną jak pies, czeka na mnie jak pies, jak mnie nie ma około godziny w hacjendzie, to, wedle zeznań świadków, czyli Rodzicieli, łazi po chacie i mnię szuka. Co ponoć komicznie wygląda ale jest mordercze dla Feli uczuć. Śpi ze mną. Budzi mnie rano. Dobrze, że na spacery z nią chodzić nie muszę, bo kto by wstawał o piątej rano, żeby na spacer z koto-psem pójść? I jeszcze jedno. Jak tylko próbuję coś porobić przy komputerze, powiedzmy pogapić się na jakieś plotkarskie portale czy cuś, że niby Doda ma nowego faceta i czy jej owsiankę na śniadanie robi, taż sama Fela natychmiast odczuwa nieprzepartą ochotę na zalegnięcie mnię przed monitorem, na stoliku, z łapą na klawiaturze i łapanie znaczka myszy ( czy jak się ten punkcik na ekranie nazywa ), w celach mnię nie znanych, a zabawy przy tym ma jak łysy z grzebieniem.

poniedziałek, 28 listopada 2011
Patolodży.

Wczoraj, od godziny 16.00 do godziny 21.00 siedziałyśmy jak zwykle u BeJot w składzie niezwykłym, to jest ja, BeJot, K.K. oraz Dziewczyna Brackiego. Czyli Sabat jak zwykle z tym, że w składzie niezwykłym, jak już wspomniałam.

Żeśmy się zgadałyśmy, że na przykład ja, jako typowe dziecko przełomu systemowego czy też raczej pokojowej rewolucji, bawiłam się lalkami Barbie, jeszcze w wieku lat piętnastu, co dziś jest nie do pomyślenia, ponieważ dzisiejsze nastolatki już w podstawówce włosy farbują na tak i na owak i paznockie malują i rzęsy se robią i oko, usta etc. W gumę to chyba żadna nie wie, jak się gra. Ani w skakankę. I pewnego razu natchniona sama nie wiem czym, obcięłam tej mojej bezcennej lalce Barbie włosy, bo miałam nadzieję, że odrosną, a fryzurę jej chciałam zmienić dla Kena, żeby jej nie rzucił, jak zużyty kapeć.

Drugiem wnioskiem z Sabatu było podejrzenie BeJot, że co niedzielę ogląda w TV życie surykatek i stąd też się dowiedziała, że to nie bocian dzieci przynosi, ani, że się ich w kapuście nie znajduje tylko, że dzieci przynoszą surykatki. I jak to my, zaczęłyśmy dręczyć BeJot surykatkami. A to, żeby uważała jutro, czyli dziś w drodze do pracy ( BeJot skończyła pedagogikę i pracuje jako niania dwuletniego chłopca w Mieście Wojewódzkim ), bo jej surykatka na drogę wyskoczy. I zażąda pieniędzy, bo to będzie napad. I żeby ta sama BeJot uważała na spacerze z dzieckiem, bo zza węgła wyskoczy surykatka i jej wózek z dzieckiem porwie a potem zażąda okupu. I żeby fajek nie paliła na spacerze, bo surykatka jej mandat wlepi za palenie papierosów w miejscu do tego nieprzystosowanym. I niech Bóg strzeże BeJot przed zakupami w sklepie osiedlowym pączków na śniadanie, bo surykatki w piekarni dodały do pączków substancje rakotwórcze.

Stwierdziłyśmy następnie, przez aklamację, że nie możemy się spotykać, ponieważ nastepuje natychmiastowe patolodży w naszych rozmowach. A dziś rano, również przez aklamcję, to jest SMSami, postanowiłyśmy, że w tygodniu się spotkamy. Czyli norma. Bo przecież i tak bez siebie nie wytrzymamy.

środa, 23 listopada 2011
Wizyta

W zeszłym tygodniu, w czwartek chyba konkretnie, bo się mnię już pomnięłszało, byłyśmy wraz z Rodzicielką na wizycie proszonej, a właściwie na dwóch wizytach proszonych. Stało się tak na skutek faktu, iż Rodzicielka miała dwa tygodnie urlopu wtenczas, że się wyrażę, natomiast ja urlopu nie miałam, pracy też nie, więc mogłyśmy jechać. Otóż pojechałyśmy autobusem PKS do mojej Babci a Mamy mej Rodzicielki do wsi, położonej dosyć blisko Opola. Tamże moja Babcia zamnięłszkuję, wraz z większą ilością mej rodziny dalszej oraz bliższej.

Otóż, co się wydarzyło:

A) Udałyśmy się na cmentarz, gdzie za nic na świecie, ani na skutek gróźb karalnych, rękoczynów ( konkretnie uderzania ), próśb, odwołań do Najwyższego, argumentów nie do pobicia oraz niemal klękania na kolana, nie byłyśmy w stanie zapalić zniczy, sztuk sześć ( po jednym dla każdego zmarłego z rodziny ), zniczy zakupionych w Kerfurze, co może nie jest istotne ale przydaje opowieści dramatyzmu.

B) W drodze z cmentarza, spotkałyśmy karawan, jako, że umarł znany wszystkim Ojciec Pana Kierowcy PKS. ( leży w innej wsi - cmentarz a nie karawan -  niż mieszka Babcia ma, na tyle jednka blisko, byśmy uderzyły z Rodzieicelką z buta do wsi Babci, bez konsekwencji dla Rodziecielkowego, nieco wysłużonego 35 latami pracy przy biurku, kręgosłupa oraz faktu, znanego wszystkim, jak znana jest wszystkim złośliwość przedmiotów martwych, faktu mianowicie, iż w momencie, gdy się tylko wyrusza w dłuższą podróż z buta, zachciewa się nam siku, a tu Panie Dzieju, ani Toi-Toia, ani krzaków ( w ostatnim ratunku ), toalety publicznej, zimno, ciemno, droga otwarta ze wszechstron, jakieś wichry północne wieją, ogólnie groza i przerażenie, a my trzymamy to sikanie i ledwo już idziemy, ale idziemy i tak aż do terenów zamieszkałych przez cywilizację.

C) Okazało się, że palić mogę na dworze, konkretnie na klatce schodowej, kipując do kratki z betonowym czymś, służącym do kładzenia na tym wycieraczki. Zjadłyśmy barszczyk biały ( prawdziwy, na prawdziwej kiełbasie i prawdziwym zakwasie, cud, miód, skonstruowany, wykonany oraz wyprodukowany przez Babcię. Normalnie aż do tej pory na wspomnienie mnię ślinka cieknie ).

D) Dzieci Kuzynki A. w liczbie sztuk cztery ( piąte w drodze ), się rzuciły na przywiezione przeze mnie i Rodzicielkę banany, mandarynki oraz żelki, wygibasy rozmaite czyniły na wszelkich możliwych meblach, bujały się kolektywnie w fotelu mej Babci ( było to, wbrew pozorom możliwe, bo dzieci Kuzynki A. są małe i się mieszczą nawet we dwoje na fotelu ), a ja, jak to ja, tylko patrzyłam, kiedy żelka utknie ktoremuś w tchawicy i będzie trzeba wzywać Pogotowie, z niedziałającego numeru 112.

E) Udałyśmy się wraz z Babcią do O. która jest w ciąży, a jest matką K. przywoływanej już przeze mnie kiedyś mej kuzynki, wielbicielki Nutelli. Zatem okazało się, że K. nadal gra na skrzypcach ( coraz lepiej ), że chodzi do gimnazjum w Mieście Powiatowym, że na konie jeździ z Rodzicami oraz że dzień wcześniej, przed naszym, czyli moim i Rodzicielki przybyciem do O. okazało się, że jej córka czyli K. kupiła se błyszczyk do ust, pończochy samonośne, ażurowe oraz tusz do rzęs, za pieniądze, które O. kazała jej wpłacić na coś tam w szkole.

Doszłyśmy do wniosku wraz z Rodzicielką, że my protestujemy, zgłaszamy veto oraz się nie zgadzamy na tak daleko jak również szybko przebiegające zmiany. Bo się zmieniło wszystko diametralnie u Babci, u Kuzynki A. u Kuzynki K. oraz jej Mamy i Ojca, dzieci już wygadane jak starzy, pończochy samonośne, ażurowe, błyszczyk...Ciąża O...

Jedyne, co mnię oraz Rodzicielkę pocieszyło to fakt, iż Kuzynka K. nadal uwielbia Nutellę. I kanapki do szkoły z tąże Nutellą se robi co rano.

Dzięki Ci Boże, że na tym zwariowanym świecie jest jednak coś stałego.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19